Ocena numer: [363.]
Data: piątek, 31 lipca 2009    Godzina: 00:05:14


PRZYPOMINAMY O NABORZE.

Po długich oczekiwaniach – chikachev.blog.pl. Wybacz, że to tyle trwało, ale jestem naprawdę leniwą osobą.




1. Okładka - 10/15pkt
„Ciemno” i „ponuro”, to chyba dwa najodpowiedniejsze słowa, które przychodzą na myśl potencjalnemu czytelnikowi, który zagląda na bloga. Wita mnie pewien młodzian z papierosem w ustach – obrazek nawet przyjemny, gdyby nie fakt, że ja z natury nie lubię obrazków. Pech. Denerwuje mnie także ten tekst, który umieszczony jest na szablonie – mam umysł ścisły, z reguły nie lubię filozofii, tak więc jest to dla mnie tak samo potrzebne, jak napis „być jak Victor Chikachev”. Tak, jasne, rozumiem aluzję, ale po co to wszystko na szablonie? Naprawdę nie lubię, gdy jest na nim coś, co od razu przedstawia nam głównego bohatera. Jakaś sentencja – jasne, jestem w stanie to znieść (nawet, gdy jest to Makbet, rozumiem, są gusta i guściki), ale od razu imię i nazwisko...?
Turkusowy pasek z boku tylko mnie denerwuje – po co on tam? Przy przewijaniu strony tylko drażni moje i tak już zmęczone oczy, tak więc zdecydowany minus. Czcionka odrobinę za mała, ale ja ogólnie najchętniej czytałabym czymś o rozmiarze 15. Do tego miłe urozmaicenia jak licznik na blog.pl, co się chwali, i podstrona „o mnie”, w której, notabene, możemy dowiedzieć się czegoś o świecie. Poczekamy, zobaczymy, jak to wyszło w praniu, ale samym umiejscowieniem szkoły poza Bułgarią autorka zyskała moją przychylność.
Co oprócz tego? Przy czytaniu do wyboru mamy trzy melodie, których możemy posłuchać. Ja sama z tego zrezygnuję, mając włączonego Winampa, ale dla niektórych może to być miłe urozmaicenie. Do tego specjalna zakładka na oceny, w której oceny-fanfiction są pierwsze, no popatrzcie, jakie to miłe ze strony autorki (nie, nie mów mi, że to dlatego, że byłyśmy pierwsze, to łechce moją próżność)! Moja narcystyczna natura od razu się ucieszyła. Niestety, mina jej zrzedła, kiedy zobaczyła, że nie ma odnośnika do obrazka. Co z tego, że jest „deviantart.com”? Sama trzymam tam prace i bynajmniej nie byłabym zadowolona, gdyby ktoś w tak bezczelny sposób pogwałcił moje prawa autorskie! Należy to szybko naprawić, oj szybko.
Ukłony za kolorystykę czcionki – dla mnie najlepsze rozwiązanie to biało na czarnym lub czarno na białym. Tu może nie czerń i biel, ale i tak bardzo ładnie i wyraźnie. Mimo że przy ocenie tekst kopiuję do Office'a, zdaję sobie sprawę z tego, że czytelnicy nie zwykli tak robić, kiedy mają do przeczytania jedną część. To miło, że się o nich troszczysz.
Łatwo jest mnie zachwycić drobnymi szczegółami, na przykład – efektami linków. Są po prostu urocze – w różnych miejscach różne. Raz tylko zmienią kolor, raz się podkreślą, raz przesuną kawałek... A moje uznanie zdobył spis treści – tytuły rozdziałów, które pojawiały się, gdy najechałam na link, wprawiły mnie w zachwyt. Jak najbardziej na tak!
Na podstronach ten sam szablon, co jest – jak idzie zauważyć – dość popularne. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zostawiłaś na nich takie zmienne jak „recenzje” czy „do poduszki”, które są tam całkowicie zbędne. Za to mamy ładny styl css. Schludny i przejrzysty, zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia.
Szkoda mi tylko tego, że adres bloga jest taki, a nie inny. Przydałoby się coś, co przyciągnie naszą uwagę – jakieś słowo klucz lub po prostu tytuł opowiadania. Ach, właśnie – tytuł. Szkoda, że nie ma go u Ciebie. Poza tym, niechętnie patrzę się na napis „nevermind”. Gdybym trafiła na takiego bloga, w którym na belce napisane jest „nieważne”, pewnie zaraz bym go opuściła.

2. Treść – 40pkt/47pkt
- temat 2pkt/2pkt
Moje gratulacje – mamy coś nowego i świeżego, czego jeszcze nie było. A nawet jeśli, ja o tym nie słyszałam. Ostatni rok nauki w Durmstrangu Victora Chikacheva może nie jest jakimś przełomem, jednakowoż kiedy mamy do czynienia z przyjacielem Igora Karkarova i Antonina Dolohova... Jestem na tak.
- realizacja tematu 10pkt/13pkt
Durmstrang daje spore pole do popisu – pomysł jest jeszcze świeży i niewykorzystany. Można tu stworzyć coś nietypowego i oryginalnego, wszystko dzięki niedociągnięciom pani Rowling. Jedno z nich wykorzystałaś – w Twojej szkole nauka trwa osiem, nie siedem lat. Żadnego błędu się w tym nie doszukałam, chociaż przyznaję, że skrzętnie przeglądałam wszelkie dostępne źródła informacji. Boli mnie jedno – nie wytłumaczyłaś, po co jest Ci ten dodatkowy rok nauki. Może chodzi o naukę czarnej magii? A może o coś zupełnie innego? Niestety, pozostaje mi się tylko domyślać. Z drugiej strony, przeglądając książkę, doszłam do wniosku, że rzeczywiście Wiktor Krum mógł być na ósmym roku nauki w szkole – są to jednak tylko moje domysły. Nie możemy przyjąć, że na sto procent tak właśnie było, dlatego przydałoby się z Twojej strony małe wyjaśnienie.
Na pewno słabym punktem w Twoim opowiadaniu jest prolog – zdradza nam, jak zakończyła się cała historia Victora. Być może takie było Twoje zamierzenie, jednak dla mnie jest to tylko zbędnym elementem. Sama chciałabym wymyślić sobie, jak dalej toczyły się losy Chikacheva, a Ty na samym początku mówisz mi, że był Śmierciożercą. Owszem, stąd jeszcze daleka droga – w końcu to były sługa Czarnego Pana. W pewien sposób może zaciekawić, dlaczego to Victor zaprzestał swej służby. Z drugiej strony, teraz jesteśmy pewni, że na pewno stanie się Śmierciożercą. Poza tym, encyklopedia PWN podaje: prolog - wstępna, wyodrębniona część utworu dram. lub narracyjnego, informująca o okolicznościach poprzedzających zawiązanie akcji. W Twoim prologu czytamy między innymi o tym, co wydarzyło się po akcji właściwej, dlatego też z jednej strony prędzej można go nazwać epilogiem – jednakże, przecież mamy wiadomości o dzieciństwie Victora... Strasznie to pomieszałaś.
Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że opowiadanie nie może mieć jednego wątku – potrzeba kilku, które przeplatałyby się, tworząc w ten sposób spójną całość. Czytelnik widzi wtedy, że coś się dzieje i dąży do jakiegoś końca. Nie ma nieprzyjemnego uczucia, że czyta o czymś, co jest zupełnie niepotrzebne.
Na samym początku skupiłaś się głównie na przedstawieniu zamku i panujących tam zasad. Było to na pewno potrzebne, jednak o tym w innym podpunkcie. Tutaj mam raczej na myśli to, że zbytnie skupienie się na zarysowaniu jako-takich konturów, pewnych schematów, które pozwoliły nam na wyobrażenie sobie Twojego Durmstrangu, zdominowały opowiadanie. Owszem, już na samym początku mamy list, w którym dowiadujemy się o zaginięciu Mishy, chwilę później wzmiankę o Voldemorcie. Jednakże w pewnej chwili zostaje to zepchnięte na drugi plan. Jest to moje własne odczucie, bowiem każdy może zwracać uwagę na coś innego – i też będzie miał rację. Dla mnie jednak jest tego stanowczo za dużo, odwraca to moją uwagę od tego, co jest naprawdę ważne. Po prostu w moim odczuciu w pewnej chwili zdominowało to całą historię, przysłaniając nam główne wątki. Chwilą, gdy dla mnie wszystko przybiera już wyważone proporcje, jest pojawienie się Nadii.
W pewnej chwili czytelnik orientuje się, że ma do czynienia z trzema motywami: pierwszym jest przyjaźń Victora z Antoninem i Igorem, drugim sprawa Mishy i Voldemorta, trzecim – zauroczenie głównego bohatera. Podoba mi się to, jak dawkujesz informację. Od pewnego momentu żaden wątek nie jest już dominowany (jak miało to miejsce wcześniej), każdy posuwa się powoli do przodu. Po chwili, kiedy czytelnik nawet się nie orientuje, łączysz je – doskonałym posunięciem było wysłanie Dolohova i Chikacheva do wioski. Już każdy może dostrzec zawiązanie tych dwóch – do tej pory osobnych – historii. Nie możemy jednak poczuć, że Victor i jego, jak to nazwiemy, romans z Nadią jest zaniedbany, ponieważ zaraz czytamy o ich randce w Petersburgu.
O tym spotkaniu chcę się dokładniej rozpisać. Jest to, jakby nie patrzeć, spełnienie marzeń zakochanego chłopaka. Bardzo podoba mi się ramowa konstrukcja, która ma piękne zakończenie parę rozdziałów później. Wątek miłosny może i wyszedł cukierkowo, jednak mam wrażenie, że bez tego, nie byłoby to już tak ujęte, jak widzę to w tym momencie. Poza tym, jest to wyraźny znak, że od tej pory coś się zmieniło, że ta dwójka zaczęła się spotykać na stopie innej niż koleżeńska. Nie podoba mi się jednak to przejście – nagle Victor siedzi przy niej, kiedy odrabia zadanie domowe, podczas gdy wcześniej nie odezwał się do niej ani słowem. Przydałaby się jeszcze jakaś sytuacja pośrednia – może i była to randka, jednak chłopak w żaden sposób się wtedy nie wykazał.
Opowiadań o Śmierciożercach może i jest wiele, jednak w Twoim znajdujemy coś, co pojawia się bardzo rzadko. Chwila, gdy Karkarov mówi Victorowi i Antoninowi, że oni już nie mogą się wycofać, ponieważ nieświadomie zgodzili się na służbę, jest taka... prawdziwa. Mało kto zauważa, jak naprawdę to wyglądało, że kiedy się już na coś zdecydowano – nie było innego wyjścia. Podoba mi się to zawahanie, ta niepewność, kiedy nie wiedzą, co mają zrobić. Kiedy, już tak naprawdę, nie mogą odmówić, tylko przychodzi im wykonać czynność, o której nigdy w życiu nie myśleli. A z drugiej strony, zastanawiają się, czy nie tego właśnie chcieli – pod wpływem sugestii, bo już nie mogą myśleć inaczej. Ta scena wydaje się być pewnym momentem przełomowym, który ma zmienić życie Victora i Antonina. Jest też moim zdecydowanie ulubionym elementem w tym fanfiction.
Ostatnim, o czym chciałabym wspomnieć, jest dynamika postaci, jednakże to przyszło mi opisywać w podpunkcie niżej. Mogę tylko napisać, że podoba mi się to, jak pewne wydarzenia wpływają na ich psychikę.
Cieszę się, że oceniałam opowiadanie w takim, a nie innym momencie – kiedy wszystkie trzy historie nagle się połączyły. Nie wiem, jaka jest to część Twojego opowiadania, jednak sugerowałabym wprowadzenie kolejnego wątku – bo teraz, kiedy z tych powstałych zrobił się jeden, może nagle przestać być ciekawie. Nie mówię o jakiejś sytuacji z kosmosu, która zaraz wywróciłaby wszystko do góry nogami; raczej o czymś subtelnym, co mogłoby nakierować zaistniałą akcję na jakiś inny tor.
Prawdę mówiąc, żałuję, że nie mam do przejrzenia kolejnych rozdziałów tego fanfiction. Niestety, nie wynika to z chęci poznania, co jest w kolejnej części, bo takowej nie odczuwam (a szkoda, to przecież sztuka zainteresować czytelnika). Mam na myśli raczej to, że teraz rzeczywiście zaczęło się coś dziać – podczas gdy poprzednie rozdziały przygotowały Ci na to grunt, teraz mogłaś rozpocząć prawdziwą akcję. Nie mówię, że to źle – w końcu trzeba nakreślić pewne sytuacje, by móc uzyskać to, o czym myślało się od początku. Szkoda jednak, że zgłosiłaś się z tak małą ilością tekstu (patrz, mówię to ja!) - teraz, tak naprawdę, zacznie się rozwijać historia, którą chcesz przedstawić. A ja mogę mieć o niej tylko swoje wyobrażenie...
Jest jednak coś, czego brakuje w tym tekście. Możliwe, że to moje subiektywne odczucie, jednak tak, jak chętnie przeczytałabym kolejną część, tak nie jestem w stanie powiedzieć (i nie skłamać), że czekam na nią z niecierpliwością. Brakuje mi tutaj czegoś, co sprawiłoby, że nie mogę się doczekać, jak potoczy się akcja – może dlatego, że właśnie zamknęłaś pewien rozdział w ich życiu, kiedy wszystko się zmieniło? Nie jestem w stanie Ci tego powiedzieć, sama wiesz lepiej, jak reagują Twoi czytelnicy, gdy długo nie dodajesz kolejnej części. Ja nie mogłam stanąć na ich miejscu, gdyż miałam wszystko od razu podane na tacy.
Co jeszcze? To już chyba ostatnia rzecz w tym podpunkcie – przydałby się jakiś element zaskoczenia. Jak do tej pory wszystko układa się w klarowną całość, czytelnik (a raczej ja, nie wiem jak inni, ale sama nie umiem dobrze przewidywać) doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co wydarzy się dalej. Popracuj nad tym – wystarczy jakaś krótka scena, pozornie nic nie znacząca, która kilka rozdziałów później odegra kluczową rolę. Może to być ten poboczny wątek, o którym wspominałam wcześniej. Nie chcę sugerować, co to by mogło być, bo to Twoje opowiadanie, nie moje, tak więc wszystko w Twoich rękach. Jednakże postaraj się o kilka takich sytuacji, kiedy czytelnik zdziwi się, że wcześniej nie zwrócił uwagi na tę czynność. To może być jakaś mała rzecz, ba, nawet powinna! To dość trudne, prowadzić tak akcję, by nikt nie zwrócił uwagi na to, o co tak naprawdę chodzi. Wierzę jednak, że powinno Ci się to udać – naprawdę potrafisz pisać i ukrycie jakiegoś faktu poprzez ledwie wspomnienie o nim nie powinno być dla Ciebie problemem. Jeśli nie wytłumaczyłam tego dokładnie (a mam z tym problemy), pokażę przykład: niech na stoliku leży szalik – zwykły opis, nikt raczej nie zwróci na to uwagi. Ale może trzy rozdziały później okaże się, że był to szalik Dearborna, który chciał się ukryć w dormitorium, jednak zapomniał go schować? Chłopcy nie będą wiedzieć, o co chodzi, podczas gdy on będzie im wszystko wygarniał – dopiero czytelnik, dzięki Twoim napomknięciu, uderzy się w czoło, klnąc na to, że wcześniej nie dostrzegł tak jasnej sytuacji. Tak, wiem, że to bezsensowny pomysł, pokazałam Ci jedynie o co mi chodzi – to Ty zadecydujesz, czy chcesz dodać coś takiego w swojej historii.
- bohaterowie 16.5pkt/17pkt
Przez przypadek natknęłam się na ocenę Twojego fanfiction na innym blogu. Nie chcę teraz jej komentować, bo to nie moje zadanie, a jedynie zauważyć, że jej autorka stanowczo chciała podciągnąć Twoich bohaterów pod to, co widziała u Rowling. Nie ma nic bardziej mylnego – czytając opowiadanie ani razu nie porównałam Victora czy kogokolwiek innego, do żadnej postaci stworzonej przez Jo. I nie, nie dlatego, że o tym nie myślałam – po prostu są zupełnie inni. Nie wiem, dlaczego tamta oceniająca na siłę doszukiwała się jakiegoś podobieństwa. Ja tutaj zauważyłam porządną robotę, która zaowocowała powstaniem takich, a nie innych postaci. Jednak – zacznę od początku, przecież na pewno chcesz dowiedzieć się, jak widzę Twoje dzieci.
Tytułowy Chikachev to arystokrata. I, jak na arystokratę przystało, ma odpowiednich przyjaciół – są to na pewno osoby bardzo ważne w jego życiu. Pokazujesz nam kilka wcieleń Victora: oddanego kolegi, zakochanego chłopczyka i tego, który potrafi dostrzec, jakie prawdy liczą się najbardziej. Nie sposób powiedzieć, które z nich jest najlepsze – nie sposób, bo zwyczajnie nie można. Są to cechy charakteru Twojego głównego bohatera, a bez nich byłby zupełnie innym człowiekiem! A tak, jest prawdziwy, gdyby go wyjąć „z papieru”, mógłby stanąć tutaj obok mnie. Dlaczego? Bo jest zbudowany z krwi i kości, jak to się dzisiaj mówi. Masz wielki dar – nie wiążesz się z głównym bohaterem i potrafisz go w każdej chwili ośmieszyć. Nie, nie chodzi mi o lekcje, na których wypadł nieporadnie (chociaż to też zdecydowanie na plus – świetna kreacja postaci, subtelna, ale wiele mówiąca czytelnikowi). Mam raczej na myśli jego stosunek do Nadii; podczas gdy cały czas jest tym twardym Victorem, który klnie pod nosem na nauczycieli, ukradkiem pali papierosy i wymyka się w nocy z zamku, łamiąc regulamin... przy Nadii zmienia się nie do poznania. Wygadany Victor, swobodny przy przyjaciołach, przy obiekcie westchnień nie potrafi zrobić nic innego, jak milczeć. Mogłabym zacząć krzywić się na to, że jak to, dorosły chłopak i przy dziewczynie nie powie ani słowa, jednak byłoby to typowe czepialstwo się z mojej strony. Tutaj jest to niezbędne dla fabuły – a przy tym ponownie w jakiś sposób kreuje nam postać Chikacheva.
Igor Karkarov – wysoki, haczykowaty nos, czarne oczy. Tyle zapamiętałam z jego wyglądu, który przedstawiasz nam na samym początku (napotykając o tym parę razy później). Mimo to, nie jestem rozczarowana. Tyle mi wystarczy – dzięki Twoim zgrabnym opisom mogę wyobrazić sobie jego wyraz twarzy, kiedy tłumaczy przyjaciołom, w jakie wielkie bagno się wpakowali. Tłumaczy – a raczej szaleńczo śmieje się z ich głupoty. Bo, tak naprawdę, w tej trójce to on jest właśnie tym „dobrym” (śmiesznie to brzmi, patrząc na to, co dzieje się później, ale spokojnie, dojdziemy do tego). To chyba właśnie Igor zyskał moją największą sympatię – pokazujesz go jako tego zdolniejszego, bardziej odpowiedzialnego (co czasem wprawia w lekką zazdrość jego przyjaciół? Możliwe, czytając między wierszami można doszukać się goryczy Victora albo to moja nadinterpretacja). Czytelnik nie ma wątpliwości co do tego, że rzeczywiście w przyszłości mógłby on zostać dyrektorem Durmstrangu. Można go nazwać podręcznikowym przyjacielem – mówi to, co myśli o poczynaniach Chikacheva i Dolohova, nie akceptuje ich decyzji, jednak mimo tego nie stara się ich na siłę od tego odwieść. Podoba mi się jego bezradność i poświęcenie, jakim wykazał się w sytuacji z Ariną. Pokazałaś, że jest naprawdę człowiekiem, i pomimo tego, kim się stanie, także cierpi – choćby z tak prozaicznej rzeczy, jaką jest strata ukochanej.
Antonin Dolohov – na początku wskażę Ci jeden zgrzyt: „jego niewinnie okrągłym, granatowym ślepiom (...)”, „Maleńkie, perliste łezki same pocisnęły się do błękitnych oczu młodego Anotnina.” I granat, i błękit to odcienie niebieskiego, jednak skrajnie różne, dlatego zdecyduj się na jedno. Pierwszy kolor pojawia się, kiedy przedstawiasz nam bohaterów, drugi – chyba nie muszę wspominać, sytuacja jest aż nader jasna i czytelna. Przechodząc jednak do kreacji samego bohatera, Antonin jest złotym chłopcem; nie dosłownie, oczywiście. Najprzystojniejszy z całej trójki – i dobrze, przecież ktoś musi. Podoba mi się to, jak go przedstawiłaś – z jednej strony uczeń Domu Wilka, co mówi samo za siebie, podając niezbyt ładne określenia. Z drugiej – bardzo wrażliwa postać. I nie, nie płacze na każdym kroku, bo dostał złą ocenę, czy pokłócił się z dziewczyną; nie o ten typ chodzi. To raczej bohater dumny, którego dotknąć mogą tylko poważne sprawy – a kiedy coś go zaboli, jest w stanie zrobić wszystko, bo tylko odpłacić przysłowiowym „zębem za ząb”. Mimo tego – realista, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie wszystko jest w zasięgu jego działań i nie na wszystko może mieć wpływ. Razem z Victorem odcina się na tle obowiązkowego Karkarova, wymykając z zamku, by razem z nim wplątać się w kabałę. Z drugiej strony – jeszcze chłopiec, zafascynowany kobietami. Równie prawdziwy, jak pozostała dwójka, chociaż mam wrażenie, że najsłabiej zarysowany.
W tym miejscu na chwilę poprzestanę na opisywaniu poszczególnych bohaterów, by zwrócić uwagę na to, jak podczas całej opowieści kształtuje się ich charakter. Mimo że pragnęłabym czegoś bardziej subtelnego, jestem pod wrażeniem, jak szybko potrafiłaś dokonać zmian. Pokazałaś, jak przez całą historię Twoje postaci zmieniają się – można by powiedzieć od A do Z. Chociaż, czy tak naprawdę się zmieniają? Może to tkwiło w nich cały czas, tylko czekało na odpowiednią chwilę, by wyjść? Takie pytania zadaje sobie czytelnik, widząc czarny koniec miłości Victora i Nadii, tego, jak jedna idea jest w stanie zawrócić w głowie młodym mężczyznom. To, co mnie zdecydowanie zauroczyło przy Victorze: „Pociąg dla szlam będzie pod Talavatem za cztery dni”. A przecież wcześniej sam myślał, że pochodzenie nie ma dla niego wielkiego znaczenia. Że też jeden człowiek może tak zawrócić mu w głowie! Antonin tak naprawdę nie dokonuje poważnej zmiany – może tego mi w nim brakowało? Podczas gdy życie Victora i Igora wywraca się do góry nogami, u niego wszystko nabiera po prostu rozpędu. Nie mogę Cię za to winić – od samego początku to Dolohov był tym, który najmniej (by nie napisać „wcale”) się wahał. Biję brawa i kłaniam się w pas za Karkarova – to było naprawdę mistrzowskie posunięcie. Tak naprawdę, to on, nie Victor, najbardziej się zmienił. Przecież Igor nie chciał mieć z tym nic wspólnego, jak sama piszesz – przyszedł ratować Arinę, nie przyjaciół. Pomimo tego, wszystko siedziało gdzieś w nim – bo czy potrzeba chronienia przyjaciół byłaby aż tak duża? Czytelnik, który poznaje losy Twoich bohaterów, może być pod wrażeniem tego, jak głęboko w ich psychice siedzisz. Jestem pod wrażeniem, naprawdę niewielu autorów zdaje sobie sprawę z tego, że ich bohater z biegiem całej opowieści zmienia się – Ty potrafiłaś to dostrzec, a na dodatek doskonale zaprezentowałaś.
Wracając jednak do pozostałych postaci, nie sposób nie wymienić Nadii Krasienko. Obiekt westchnień Victora, który – do czasu – nie zwraca żadnej uwagi na Chikacheva. Podoba mi się to, w jaki sposób ją opisujesz: Nadia nie była piękna, co podkreślasz kilkukrotnie, jednak na tyle wspaniała, by Victor mógł się w niej zakochać. Są zupełnymi przeciwieństwami – zauważyłby to każdy, nawet bez Twojej pomocy w postaci prostego stwierdzenia Victora. Krasienko to romantyczka, przeciwna temu, jaka rewolucja panuje w zamku. Postać na pewno kluczowa w opowiadaniu – nie wiem, co mogę powiedzieć o Sevastianie Sorkinie. Z jednej strony jest to postać typowo epizodyczna; przyjaciel Nadii, konkurent Victora w walce o jej serce. Jednak kiedy przeglądałam na końcu prolog, natrafiłam na jego nazwisko. Niestety, na samym początku nie utkwiło mi w głowie; dopiero później przypomniałam sobie, że Chikachev zeznał, że zabił Sorkina. Przewidujemy dalszą historię?
Caradoc Dearborn, postać kanoniczna. Rowling mówi nam tylko o tym, że był członkiem Zakonu Feniksa – a przy tym aurorem. Ty wykorzystujesz ten drugi fakt, pokazując nam Dearborna jako człowieka, który dopiero co zaczął pracę. Jak to młodziki mają – mężczyzna jest niedoświadczony i ufa ludziom. I tu tkwi poważny błąd, jak z resztą możemy się przekonać czytając Twoje opowiadanie. W sumie jego postać nie jest jakoś szczególnie zarysowana, jednak chyba w tym przypadku działa Twój prolog. Dowiadujemy się w nim, że Caradoc nienawidzi Victora – ze wzajemnością. Każdy czytelnik domyśli się, że odegra on jakąś ważną rolę w życiu Chikacheva; podczas gdy na początku mu ufał, dopiero później „przejedzie się” na ludziach i pozna, jacy są naprawdę. Ciekawi mnie, jak to przedstawisz, jednak – jak już wielokrotnie z żalem wspominałam – nie dane mi było przeczytać większej ilości tekstu.
Nie sposób zapomnieć o Mishy – tym złym bracie – czy Arinie i Sashy. Nie mam zamiaru się o nich rozpisywać, bo to, co najważniejsze już napisałam. Chcę zaznaczyć, że w Twoim opowiadaniu każdy bohater ma jakąś rolę do spełnienia i to mi się naprawdę podoba. Nie tworzysz postaci niewiadomo po co, wręcz przeciwnie, ta mała gromadka doskonale spisuje się na tle bohaterów zbiorowych, takich jak nauczyciele czy rodzina. Co więcej, każdy z nich jest inny, każdy ma swój własny charakter i z nikim się nie zlewa. Jestem naprawdę oczarowana. Pół punktu leci tylko za Dolohova i jego oczy.
- czas i przestrzeń 7.5pkt/10pkt
Można by rzec – wszystko w Twoich rękach. I taka jest prawda; zdecydowałaś się na temat, który daje Ci pełne pole do popisu. Jak z tego wybrniesz? Wykorzystasz wszystko, co tylko można, wyciśniesz z tego ostatnią kroplę krwi?
Zdziwiłam się, bo nie. Twoje wytłumaczenie, że swój Durmstrang stworzyłaś na podobieństwo Hogwartu nie dlatego, że brak Ci wyobraźni, tylko dlatego, że powinny panować jakieś normy, uważam za mierne. W końcu sama stworzyłaś system ośmioletni, dodałaś zaliczenia na końcu każdego semestru, przez sztywne zasady Twoim uczniom nie pozwolono używać magii w takich przypadkach jak sprzątanie zamku. Ba, oni sami musieli go sprzątać! Poza tym, przecież nawet w Beauxbatons system nauczania (mam na myśli egzaminy) jest inny niż w Hogwarcie! Nie mówię, że w rzeczywistości tak nie jest (bo przecież chociażby w technikach mamy cztery klasy), ale naprawdę miło by było widzieć coś zupełnie świeżego i nowego – jak do tej pory, mamy drugi Hogwart. Chociaż nie, nie drugi Hogwart – w Twojej szkole panują ścisłe zasady.
To mi się podobało – wyraźnie podkreśliłaś, że Durmstrang to szkoła z tradycją. Podoba mi się to, jak uczniowie są tam traktowani. Sami muszą wykonywać prace, które w Hogwarcie robiłyby skrzaty – a wszystko po to, by później życie nie dało im kopa. Będą już na wszystko przygotowani, ta szkoła daje im takie możliwości, jak żadna inna. Doskonale to podkreśliłaś wyrzucając Sashę ze szkoły – bo miała za niskie oceny. Dyrektor nie życzył sobie, by nauczano uczniów, którzy nie traktują poważnie tego, jak wielką szansę im dano. Poza tym, chyba doskonale świadczy o tym fakt, że Igor i Antonin przyjeżdżali do szkoły aż z Bułgarii?
Nie wiem, czy takie było Twoje zamierzenie od początku, czy wynikło to z błędu; w każdym razie, brawa za Dom Kozicy. Nie chodzi mi o samo przedstawienie, raczej o to, jak wpasowuje się to w czas i w całą akcję; pokazuje, jak dyrektor opowiada się za Voldemortem. To raczej moment przełomowy dla tej szkoły – wyrzucają z niej mugoli, ponieważ nie są oni godni nauki w Durmstrangu. Czy od tego momentu powstanie jakiś ruch w całej szkole? Możemy tylko zdać się na Twój osąd, jednakże to, jakim stworzyłaś na sam koniec ten zamek, pokazuje, że nie tylko pojedyncze jednostki zmieniają się pod wpływem tej jednej idei. I to mi się podoba – ludzie drżą przed Czarnym Panem.
Nie podoba mi się Talavat – mówię jasno i dosadnie, w razie gdyby ktokolwiek miał jakieś wątpliwości. I nie chodzi tu o wygląd wioski, to, że za słabo ją opisałaś (z drugiej strony: bzdura), ale o samo miejsce. Rozumiem, że był niezbędny do fabuły, jednak to też powielanie schematów. Czy przed każdą normalną szkołą jest sklep? No właśnie – tak samo przy każdej magicznej szkole nie musi stać wioska. Na szczęście nie mieszkają w niej sami czarodzieje i znajduje ona swoje miejsce w fabule – w innym wypadku poćwiartowałabym, przysięgam. Swoją drogą, nazwa kojarzy mi się z czeską miejscowością Tanvald. Pytam z ciekawości, nie mam zamiaru ciąć za to punktów: słyszałaś o niej, czy to czysty przypadek?
Jeszcze jedno – Feniks. Kolejna część budowana na jednym schemacie. Tutaj muszę przyznać rację, że Prorok Codzienny nie jest dobrym rozwiązaniem; w końcu wydawano go w innym języku. Może jednak trzeba było pomyśleć o jakimś tłumaczeniu tej gazety? Przecież, jak wiemy, była ona obecna nawet w Egipcie. Ale dobrze, chcesz mieć Feniksa – masz. Zwracam jedynie uwagę na to, że stale powielasz jeden schemat, kiedy do wykorzystania masz tak dużą przestrzeń.
Tak naprawdę, poza Durmstrangiem i Talavatem, nie mamy nic. Nie liczę Petersburga, bo tak naprawdę niewiele się w nim dzieje. Jednak, czego wymagać od historii, która opisuje ostatni rok nauki Victora w szkole? Nie ma żadnego problemu – jednakże pewne zawiłości z czasem nie pozwalają mi zostawić tego podpunktu w spokoju. Voldemort rósł w siłę około dziesięciu lat, podczas gdy pierwsze wzmianki o nim pojawiają się u Ciebie w roku 1976. Wiadomo, drugi koniec świata, ale to chyba jednak trochę za długa różnica czasowa, nie sądzisz?
Oprócz tego nie mam nic do zarzucenia – świat przedstawiony jest naprawdę wspaniale, byłam w stanie wyobrazić sobie ciężką atmosferę zamczyska czy szalejącą na dworze zamieć. Co więcej, pojawiła się u mnie nawet gęsia skórka (no dobrze, po chwili zamknęłam okno, ale przecież nie wiemy, z jakiego powodu, prawda?)!
- zgodność ze światem JKR 4pkt/5pkt
„Crouch zaprzestał dalszego przesłuchania, odwracając się ku stojącemu obok mężczyźnie - wysokiemu starcu o długiej, poplątanej brodzie i rogowych okularach na orlim nosie. To musiał być Albus Dumbledore, legenda magicznego świata.” - okulary Dumbledore'a miały inny kształt.
„Z każdą kolejną chwilą godzina, w której mieliby stanąć przed komisją egzaminacyjną z dyrektorem na czele i zabłysnąć swoją - wątpliwą raczej - wiedzą, stając się w ten sposób pełnoprawnymi czarodziejami, stawała się coraz to bliższą, coraz to realniejszą.” - ośmielę się nie zgodzić. Pełnoprawny czarodziej, to taki, który ukończy już siedemnaście lat. Każdy z nich miał już za sobą tę magiczną linię wieku.
„Dnia szóstego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku, ówczesny dyrektor Durmstrangu, Kararovich, zdecydował się ulec presji napływającej z Zachodu i wydał dekret, na mocy którego jego szkoła miała powrócić do korzeni, do początku swego istnienia.” - Voldemort rósł w siłę około dziesięciu lat – u Ciebie pierwsza wzmianka o nim pojawia się zdecydowanie później.
„- O - zająknął się - Oblitiate." - Oblivate
Wiek Antonina i Igora sama usprawiedliwiłaś – a że nie razi mnie to jakoś strasznie w oczy, nie zamierzam odejmować za to punktów. Szczególnie, że teraz nie sposób wybrnąć z tego błędu.
Poza tym, kanonicznych bohaterów raczej nie uświadczymy, poza samym Karkarovem – ale o nim było już wyżej, tak więc nie będę się powtarzać i ponownie argumentować punktacji. No, chyba że weźmiemy pod uwagę Dearborna – na plus, lubię kanonicznych bohaterów, którzy nie są przedstawieni u pani Rowling, za to kreowani przez autorów fanfiction.


3. Dopieszczenie tekstu 30pkt/38pkt
- styl 19pkt/23pkt
W ten sposób, przebrnąwszy przez całą fabułę, trafiłyśmy do punktu, który jest, moim zdaniem, najważniejszy w całej ocenie. W końcu bez stylu autorki całe opowiadanie byłoby zupełnie inne – mam nadzieję, że każdy zdaje sobie z tego sprawę. Jeśli nie, radzę wyobrazić sobie taką historię przedstawioną przez autorkę „Pamiętnika księżniczki”.
Jeśli ten mój wstęp jeszcze Cię nie uświadomił w tym, że podoba mi się Twój styl, napiszę to teraz: tak, naprawdę podoba mi się Twój styl. Wszystko czyta się naprawdę przyjemnie. Mimo tego, że kolejne części wcale nie są krótkie, czytelnik szybko je „połyka” - jest to niewątpliwie zasługa Twojego stylu. Masz lekkie pióro i wszelkie opisy wychodzą Ci bardzo zręcznie (no, może poza randką w Petersburgu, ale o tym niżej), nikt nie ma wrażenia, że pisałaś je na siłę.
Żaden oceniający nie powinien patrzyć na wiek autorki opowiadania – w końcu to rzekomo nie ma żadnego wpływu na ocenę i każdy powinien być traktowany adekwatnie do tego, ile ma lat. Powiem jedno: żenada. Nigdy nie stosowałam taryf ulgowych i nie będę miała zamiaru tego robić. Oj, chyba za bardzo odbiegam od tematu – mam na myśli to, że masz doskonały warsztat, który sprawia, że czytelnik nie ma wrażenia, że jest to powieść szesnastolatki (ale ze mnie hipokrytka...). Zdania, które budujesz, są w większości zrozumiałe. Na plus idzie to, że nie starasz się na siłę tworzyć niewiadomo jak długich zdań, w których każdy zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę chcesz nam przekazać. Wręcz przeciwnie, doskonale budujesz atmosferę; zdajesz sobie sprawę z tego, jakie są skutki stosowania zdań pojedynczych i złożonych. Co więcej, potrafisz się do tego dostosować!
Nie uświadczymy tu syndromu pani Meyer (ach, że też jej nazwisko musiało się pojawić w ocenie!): używasz zróżnicowanego słownictwa, adekwatnego do tego, w jakim klimacie dzieje się cała historia. Było parę wpadek, które wymieniam niżej, jednak przy takiej ilości tekstu te błędy nie są czymś wielkim. Z każdym rozdziałem Twój styl poprawia się – kiedy na początku stosowałaś w pewnych sytuacjach zbyt patetyczny styl, przy dziesiątym rozdziale już go nie uświadczymy. Ma to swoje odwzorowanie w poniżej wytkniętych błędach – jak widać, z każdą częścią pojawia się ich coraz mniej. Często są to takie same potknięcia (tu akurat uwaga do podpunktu zapis), wynikające raczej z niedopatrzenia niż Twojej niewiedzy. Nie mam zamiaru odejmować za to dużej liczby punktów, chciałam po prostu wskazać Ci wszystko, co zauważyłam. Jak sama zobaczysz, nie są to rażące „krul” czy „wziąść”, a raczej niepotrzebne znaki.
Podoba mi się równowaga, którą zachowujesz. Znajdujesz złoty środek pomiędzy dialogami, a opisami. Co więcej, wychodzą one bardzo naturalnie – i jedne, i drugie – co jest dość rzadkim darem pośród blogowych pisarzy (wybacz, to nadal nie jest książka i nie mogę inaczej nazwać autorów takich dzieł). Ani jednego, ani drugiego nie jest za dużo, nie popadasz ze skrajności w skrajność. Czytelnik nie ma wrażenia, że robisz z niego idiotę, omamiając go opisami, by zaraz wyskoczyć z tekstem, który składa się z samych dialogów. I ponownie, dobrze wykorzystujesz te drugie, nadając dynamiki tekstowi tam, gdzie jej potrzeba.
Nie podobał mi się jedynie fragment, gdy trójka przyjaciół biegła do zamku. Wyraźnie chciałaś tam podkreślić to, co ich łączy, młodość, a także to, jak wtedy byli niewinni – jeszcze zanim zaczęli współpracować z Mishą, czy, jakby to lepiej nazwać, służyć Czarnemu Panu. Twoje zamierzenia były słuszne – znów pokazuje to dynamikę postaci, o której tyle pisałam, jednak kiedy pomysł jest dobry, wykonanie w tym fragmencie zdecydowanie słabnie. Mam wrażenie, że pisałaś to na szybko i czym prędzej chciałaś skończyć ten opis; wszystko wyszło sztucznie. Gdybym miała wskazać Ci, jaką jedną rzecz możesz poprawić, bez namysłu powiedziałabym, że jest to ten fragment tekstu. Zdecydowanie najsłabszy – umiesz zrobić to o wiele lepiej, więc postaraj się to przeredagować.
Chyba ostatnie, o czym chcę się rozpisać – wątek miłosny. Był naprawdę sztuczny, przesłodzony do granic możliwości – jednak tutaj nie chodzi o to, co w akapicie wyżej, ponieważ tak chciałaś to pokazać, prawda? Świetnie ukazałaś całą naiwność tej miłości, konstrukcja ramowa, o której wcześniej wspominałam, wyszła naprawdę doskonale. Nie mogę się oprzeć i nie zacytować, wybacz – znasz te słowa na pamięć, ale nadały takiego smaczku, że muszą się tutaj pojawić.
„Pierwsze miłości zwykle są takie same - pełne wzruszeń i niedomówień, pełne niepewności, cichych westchnień i melodramatycznych uciech, pełne skrytych, nigdy niewypowiedzianych wyznań.
I zawsze są tak bardzo, tak bardzo naiwne.”
W całej sztuczności i przesłodzeniu tego tekstu, ochów i achów, jestem naprawdę pod wrażeniem, w jaki sposób zaprezentowałaś ten wątek. Jego słodycz, którą przedstawiasz, delikatnie serwując nam takie, a nie inne słowa, ma piękne zwieńczenie później. Nie wiem, czy gdybym nie miała okazji przeczytać ostatnich rozdziałów, też bym się tak nad tym rozpływała. Jednakże cieszę się, że oceniałam także to, jak ładnie wykorzystałaś ten wątek – było to naprawdę dobre.
A teraz parę błędów, które znalazłam:
prolog:
„A więc to jest to miejsce, przed którym drżą miliony.” - nie zaczyna się zdania od „więc”, bo to wyznacznik łączliwości syntaktycznej, której tu nie uświadczymy.
„Victor, wiercąc dłońmi uwięzionymi w magicznych pętach, posłusznie podążał za prowadzącym go ponurym, zakapturzonym mężczyzną, dziękując w myślach ślepemu losowi, iż oszczędzono mu towarzystwa straszliwych istot, jakimi bez wątpienia byli dementorowie.” – lepiej: dementorzy. „Dementorowie” też jest formą dopuszczalną, ale końcówka „-owie” sprawia, że wyraz jest nacechowany. Więcej – to forma nobilitująca, a Victor raczej nie miał o de mentorach zbyt wysokiego mniemania, hm?
„Ale czy wystarczająco dużo? - Victor uśmiechnął się paskudnie.” - to nie ma najmniejszego sensu. Jeśli to myśl Victora, powinna być zapisane w cudzysłowie lub kursywą, zaś w takiej postaci pozostaje nam myśleć, że to przypuszczenia narratora. Skąd więc Victor mógłby wiedzieć, co chce nam on przekazać? Błąd powtarza się w kolejnych częściach.
„- Victor Chikachev - powtórzył raz jeszcze.” - ponieważ osobą, która ostatni raz się odzywała, również jest Victor, enter jest tutaj niepotrzebny, można śmiało kontynuować pisanie bez jego użycia.
„Nie trzeba było geniusza, aby go rozpoznał.” - to zdanie nie ma sensu.
„A każde z nich przyglądało mu się teraz niczym atrakcji cyrkowej, niczym rozkosznej małpce w podrzędnym zoo.” - „każdy”! Przecież mamy do czynienia z ludźmi, nie ze zwierzętami! Poza tym, w domyśle chodzi o czarodziejów (poprzednie zdanie), tak więc stanowczo błąd.
„To wy chcecie mnie dzisiaj sądzić?” - nie piszesz w pierwszoosobówce, więc jeśli wtrącasz myśli bohatera, należy to w jakiś sposób zaznaczyć.
„Ponadto, uważa się, iż współwinien jesteś licznych tortur oraz zbrodni nienawiści dokonywanych na osobach niemagicznych.” - za to autorka niedługo będzie winna mojego natychmiastowego zejścia, jeśli jeszcze raz zobaczę wyrażenie typu „zbrodnie nienawiści”.
„Oczom zgromadzonych ukazał się blady Mroczny Znak, wyhaftowany zręczną igłą na napiętych mięśniach oskarżonego.” - nie wiemy, w jaki sposób Lord Voldemort sprawiał, że na przedramionach Śmierciożerców pojawiał się Mroczny Znak (prawdopodobnie go wypalał), jednakże znając jego poglądy na temat mugoli możemy domyślać się, że na pewno nie użył do tego zwykłej igły.
„Victor dźwignął głowę do góry, pozwalając swej długiej grzywie oklapnąć na ciemne, orzechowe oczy.” - grzywę mają konie. Ludzie ewentualnie grzywkę. Poza tym nieładna tautologia – nie można czegoś dźwignąć w innym kierunku niż do góry.
„Miał po po prostu czekać, aż ktoś wywoła jego nazwisko, a wówczas z dumą podejść do osoby, która będzie spełniała funkcję Mistrza Ceremonii i podać mu swoją prawą dłoń.” - jedno „po” za dużo.
„Jak dość prędko zauważył, sypialnię dzielił z dwoma największymi cymbałami, jacy kiedykolwiek trafili do domu Abeleva.” - no proszę cię, przy pisaniu opowiadania obowiązują jakieś normy dotyczące słownictwa, których należy przestrzegać!
„Miał haczykowaty nos i czarne oczy, które z biegiem lat nabiegły jakimś takim złowrogim chłodem.” - patrz wyżej.
rozdział pierwszy:
(generalnie to nie byłam pewna, czy powinnam zaznaczać błędy w liście, ale Sylville mnie uświadomiła, że owszem, mam takie prawo, więc wytknęłam.)
„Oboje odczuwamy głęboki zawód, jednakowoż mamy nadzieję, iż kara, którą musiałeś - lub też wciąż musisz - odpracowywać w szkole, wybiła z Twojej głowy podobne pomysły na najbliższe pół roku co najmniej.” - „(...)podobne pomysły na co najmniej najbliższe pół roku.”
„Ojciec przekonał mnie, byśmy tym razem przymknęli oko na Twoje haniebne zachowanie, lecz niechaj chroni Cię ręka Boga, jeżeli choć raz jeszcze usłyszymy o podobnym - lub gorszym – wybryku.” - matka Victora nie miała prawa wierzyć w Boga, o którym tutaj pisze.
„Durne belfry.” - „durni belfrowie” brzmi lepiej, choć to strumień świadomości Victora i nie musi zachowywać formy nobilitującej, to jednak… Rozumiesz, względy estetyczne.
Określenie „chłopiec” nie pasuje do bohaterów – mimo, że czytelnik nie zna ich wieku, rzuca się w mu w oczy kontrast między tym wyrazem, a wypowiedzianymi przez nimi słowami, czy nawet przekleństwami. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że teraz siedmiolatki na ulicach rzucają „kurwami” i innym „pierdoleniem”, ale to zupełnie inne czasy!
„Tia, pan połyka w całości (...)” - nie powinnam się wciskać w wypowiedzi bohaterów. „Tia” nie jest błędem, ale kojarzy mi się z wymysłem teraźniejszości. O wiele bardziej odpowiednie wydaje mi się „taa”; poza tym, od razu inaczej brzmi w ustach dorosłego faceta niż jakieś „tia”, które kojarzy mi się z wypowiedzią małej, różowej nastolatki.
„Zdarzały się o wiele zbyt często, ażeby mogły jeszcze wywrzeć na kimkolwiek odpowiednią reakcję.” - ta tautologia nie ma najmniejszego sensu.
„Szesnaście par oczu - bo właśnie tylu słuchaczy zjawiło się dzisiaj na zajęciach z czarnej magii - wpatrywało się ze współczuciem wprost w cierpiącego i okrutnie zawstydzonego własną słabością Dolohova.” - błąd, skoro na sali było szesnaście osób, piętnaście par oczu wpatrywało się w Dolohova. Przecież on sam nie mógł tego robić!
„- Jutro po lekcjach chcę widzieć u siebie całą trójkę - szepnął do siedzącego najbliżej Igora.” - sprecyzuj. Na początku piszesz o Antoninie, nie możesz tak od razu przejść do nauczyciela, czytelnik się gubi i nie wie, o kogo chodzi.
„Czy Grindelwald faktycznie jest w zmowie z Dumbledorem, czy wciąż realizuje swoje straszliwe plany?” - Dumbledore'em, tak jak piszesz wcześniej.
rozdział drugi:
„Nie była wielka; była w sam raz.” – powtórzenie; co prawda można uznać je za anaforę, ale i tak wygląda brzydko.
„Nawet przesądy z nimi niegdyś związano.” - napisz to zdanie od początku.
„Dla każdego innego, bo dla samego Victora była prawdziwym uosobieniem piękna i cnót wszelakich.” - „wszelakich cnót”, zdecydowanie.
„- Czy następca Grindelwalda dokończy jego wielkie dzieło? - pytał mniejszy, dopisany kursywą dopisek.” - dopisany dopisek? Poza tym dopisek nie bardzo może o cokolwiek pytać.
rozdział trzeci:
„Wiedział, że jeżeli Karkarov spaści swoją kolejkę, on będzie miał szansę na dogrywkę z Antoninem - ale nie wierzył w to.” - „spaści”?
„Jasna cholera. Czemu ja zawsze muszę mieć takie szczęście? Zawsze!” - znów ten sam błąd – nie zaznaczasz, że są to myśli Victora.
„Lekcja ta wlekła się Victorowi z nieskończoność; chłopiec nie mógł się powstrzymać, by nie podglądać obiektu swych westchnień przy każdej możliwej okazji - czego w końcu omal nie przypłacił własnym palcem podczas krojenia legwanich pazurów.” - „wlokła” i od razu obydwie jesteśmy zadowolone.
„Rzadka, błyszcząca rubinową poświatą ciecz śmierdziała gorzej, niż smocze szczyny (...)” - mówiłam coś o kolokwializmach?
„Wszystko co chciała to tylko oddać mi ten głupi zielnik.” - ponownie myśli Victora zapisane w ten sam sposób, jak reszta tekstu.
„- Dzięki - mruknął bez przekonania.
- M - odmruknęła, - proszę.” - powtórzenie, poza tym, gdyby było „mhm”, brzmiałoby to lepiej.
„Nie zdążył, odeszła. Odeszła, pozostawiając go zupełnie samego.” - powtórzenie, zdaje się, że zamierzone, jednak radzę to poprawić.
„Chłopcy pobiegli, gnali, pędzili, ile sił mieli w nogach, pędzili ze śmiechem na ustach.” - powtórzenie. A poza tym, nie jesteś konsekwentna – skoro „gnali” to też „biegli”, nie „pobiegli”.
„Miejsce, o którym jego brat pisał w liście znajdowało się w pewnej wiosce nieopodal.
Tak, Victor chyba kojarzył to miejsce...” - powtórzenie.
rozdział czwarty:
„Jedną z zasad, której sensu za nic pojąć nie mogli, i która co rok sprawiała im niemało kłopotów (...)” - „za nic nie mogli pojąć”.
„Pod nosem mruczała starą, sfałszowaną piosnkę.” - jak piosenka może być sfałszowana?
„Panowie Chikachev i Dolohov spojrzeli po sobie, następnie rozglądnęli się po przestronnej komnacie.” - raz piszesz o nich jako o młodzieży, raz jako o chłopcach (to zdecydowanie błąd), by zaraz stwierdzić, że to „panowie”. Jak dla mnie, to określenie nie pasuje do kogoś, kto jeszcze nie ukończył szkoły, dlatego sama skłaniam się do zwrotu „młodzieńcy”, ale to twoja decyzja. Do tego forma „rozglądnęli” jest czysto potencjalna.
„Zaczynała chodzić do Durmstrangu w tym samym czasie, co i oni. ” - „zaczęła”, bo to czynność jednokrotna.
„Jest ich zbyt wiele, zbyt trudno znaleźć rodziny czystomagiczne, zwłaszcza na zachodzie.” - „czystokrwiste”.
Gdy Victor budzi się w dzień po wycieczce poza szkołę, w dormitorium znajdują się jego przyjaciele. Jednak wcześniej pisałaś, że dzieli on sypialnię z Adrianem i Yoshim.
rozdział piąty:
„Zarzuciwszy płaszcz na ramiona, minąwszy olbrzymie wrota, prowadzące na zewnątrz, Victor wyszedł na kamienny dziedziniec.” - skoro wrota prowadziły na zewnątrz, nie ma potrzeby pisania, że Victor wyszedł na dziedziniec.
„Miała stanowczo zbyt duże oczy, przez które wciąż wyglądała na wystraszoną, na jakąś taką paranoiczkę (...)” - powinnam Cię zabić za te kolokwializmy, naprawdę! Wiem, że się powtarzam, ale to straszliwie kole w oczy.
„Victor zawsze współczuł Antoninowi i Igorowi, którzy stamtąd musieli jeszcze przedostawać się aż na Bułgarię.” - „do Bułgarii”.
„Sevastian był jednym z najmniej magicznych istot, jakie stąpały po korytarzach Durmstrangu; do trzynastego roku pewien był, że czeka go wątpliwa kariera charłaka.” - „jedną” z istot, „był pewien”.
rozdział szósty:
„Walka z nią była jak walka z wiatrakami, z góry skazana na porażkę.” - nie rób z czytelników idiotów, każdy z nich powinien wiedzieć, co oznacza „walka z wiatrakami”.
rozdział siódmy:
„ Nicpoń niezgrabnie zaczął pakować do kufra szczelnie zapakowane pergaminy (...)” - powtórzenie.
„- Jak trening? - zapytał, sięgając po swój plecak, z którego zaczął wypakowywać książki.” - plecak? Jakoś nie wyobrażam sobie uczniów starej szkoły z tradycjami, w mundurkach, którzy chodzą wszędzie z plecakami...
rozdział ósmy:
„Było ciemno, szaro i beznadziejnie zimno.” - bez kolokwializmów!
rozdział dziesiąty:
„Jedwabiste włosy spiął w koński kuc; nie miał na sobie szkolnego uniformu, ale zwykłe mugolskie ubranie.” - koński ogon, ewentualnie „kucyk”, ale już nie koński.
„- Dość tego - syknął Igor. - Chodźmy stąd, mieszkańcy Talavatu widzieli, jak uciekaliśmy, mogą nas zacząć szukać.
Igor i Antonin przytaknęli, wpatrując się w przyjaciela.” - Igor przytaknął sam sobie?
- zapis 11pkt/15pkt
prolog:
„Ich milczenie, ich spojrzenia - to wszystko wywoływało mrowienie na jego na bladej, niezdrowej skórze.” - jedna spacja przed „jego” zbędna.
„Posadzono go na twardym, niewygodnym krześle pośrodku tego złowieszczego miejsca.” - przecinek po „krześle”.
„Bartemiusz Crouch wychylał się z jednej z górnych lóż i wyglądał tak rześko jak chyba jeszcze nigdy wcześniej.” - przecinek po „rześko”.
„Jego twarz tak chętnie, tak często uwieczniana na wszystkich portretach, rysunkach i rycinach, na ścianach i w książkach, postać tak wielka, tak światła... , czy i on był po ich stronie?” - przecinek przed „czy” jest tu zbędny, ale, swoją drogą, przed owym nie stawiamy spacji.
„- Victorze Chikachevie - ozwał się Crouch - rada chce przedstawić ci swoje zarzuty. Uważamy, iż będąc zdrowym na umyśle oraz świadomym swoich czynów, współpracowałeś z Sam-Wiesz-Kim.” - kropka po „Crouch”, „rada” dużą literą. Błąd się powtarza, ale – co dziwne – nie przy każdym dialogu. Dużą ich część budujesz poprawnie, jednak zdarzają Ci się jakieś niedopatrzenia. W kolejnych częściach nie będę wytykać tego błędu (może powinnam, w końcu pojawia się tylko parę razy, ale niestety za późno, piszę to po przeczytaniu tekstu), jednak wkleję tutaj fragment mojej poprzedniej oceny, gdzie napisałam autorce parę słów na temat budowy dialogów.
1. „— Mam na imię Harry — powiedział Harry.” Pierwszy i najłatwiejszy przykład. Ponieważ opis odnosi się bezpośrednio do wypowiedzianych słów, zaczynamy go małą literą. Tyczy się to też wszystkich „wykrzyknął”, „spytał” - nawet po wykrzykniku, pytajniku czy wielokropku.
2. „— Mam na imię Harry. — Podrapał się po głowie i spojrzał na Hermionę.” Tutaj mamy przykład, gdy opis nie odnosi się do wypowiedzi bohatera. Wtedy możemy postawić kropkę na końcu zdania, a nowe zacząć wielką literą.
3. „— Nie nazywam się Ron! — oburzył się Harry. — To przecież jego imię!” Jedna wypowiedź – jeden znak. Potem opisujemy, co zrobił Harry, a ponieważ chce powiedzieć coś jeszcze, co jest zupełnie innym zdaniem, stawiamy kropkę i kolejną wypowiedź rozpoczynamy wielką literą.
4. „— W takim razie powiedz mi... — zaczęła Hermiona, świdrując do wzrokiem — ...dlaczego on tak na ciebie mówi?” Hermiona zaczęła jakąś wypowiedź, dlatego dajemy wielokropek. Ponieważ po opisie dalej mamy to samo zdanie, nie stawiamy tam kropki, a drugą część zaczynamy ponownie od wielokropka.
A jeżeli już mówię o budowie dialogów, wypada wspomnieć także o myślnikach. Zwykły, krótki („-”), tak zwany dywiz, służy nam jedynie do takich określeń jak, na przykład, czarno-biały. Dalej mamy półpauzę („–”), stosowaną na przykład przy wtrąceniach: „Pewnego słonecznego – chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, na niebie było parę chmur – dnia, Harry wyszedł na dwór.”. Ostatni typ to pauza („—”), której używamy w dialogach. U Ciebie jednak tego brakuje.
A skoro się już tak rozpisuję, kopiuję wywody – żeby wszystko było ładnie i pięknie, to zaznaczę, że byłoby jeszcze piękniej, gdybym widziała akapity. Naprawdę, czyta się wtedy o wiele lepiej.
Poza tym – zdaje się, że literówka - „odezwał”. Dziwne, kiedy pisałam wcześniej tę ocenę, miałam normalne „odezwał”, lecz kiedy skopiowałam przed wyjazdem całe opowiadanie – jak byk stoi „ozwał”, które jest formą tak archaiczną, że aż kole w oczy.
„- Tylko najwierniejsi słudzy Sam-Wiesz-Kogo nazywali go "Czarnym Panem" - zauważył jeden z czarodziejów siedzących kilka rzędów niżej.” - staraj się nie używać cudzysłowów drukowanych. Zwłaszcza, że w tym wypadku cudzysłów w ogóle nie jest potrzebny.
„Oskarżony kątem oka dostrzegł, jak jeden spośród aurorów siedzących nieopodal przewodniczącego komisji skrzyżował ręce na piersi.” - przecinek po „komisji”.
„Próbował go złapać, jednak nie dał rady - naczynie zachybotało się... I spadło z loży.” - nawiązujesz do poprzedniego zdania, tak więc też „i” nie powinno być pisane dużą literą.
„Kielich ów był prawdziwym dziełem sztuki. Misternie zdobiony, wydmuchany z cieniutkiego, błyszczącego szkła barwionego na jasny, zielonkawy odcień.” - przecinek po „szkła”.
„To naczynie było... Było jak jego życie.” - można zacząć małą literą.
„Ci ludzie po prostu szukali osoby, którą mogli by ukarać zamiast lorda Voldemorta.” - na Merlina, „Lorda Voldemorta”, nie „lorda”!
„Tym okazał się nie być żaden spośród nauczycieli, ale satyr specjalnie na tę uroczystość sprowadzony z okolicznych lasów - mężczyzna, który (...)” - jedna spacja przed myślnikiem zbędna. Do tego „okazał się nie żaden”; „być” jest absolutnie zabronione!
„Tych z rodzin pozamagicznych wciąż jest jednak stosunkowo niewielu, przyrównując ową uczelnię do innych szkół świata.” – podwójna spacja po „z”.
rozdział pierwszy:
(generalnie to nie byłam pewna, czy powinnam zaznaczać błędy w liście, ale Sylville mnie uświadomiła, że owszem, mam takie prawo, więc wytknęłam.)
W listach nie piszemy „nas”, „swoich” dużą literą.
„Podpisano, / Twoja kochająca Matka.” - po podpisie nie umieszczamy kropki!
„Głupi, to ma zawsze szczęście!” - przecinek jest zbędny, poza tym spokojnie można usunąć „to”.
„Stojący nieopodal ludzie płakali, pocieszali siebie nawzajem, z szacunkiem obchodzili roztrzaskane, chaotycznie porozrzucane szczątki cegieł. ” - bez tej spacji na końcu też byśmy sobie poradzili.
„- Magija w teorii i praktyce, Aleister Crowley.” – magia. (I tak, rozumiem, „magija” to mogła być stylizacja, ale za czasów Crowleya nie dodawano joty w takich miejscach – prawdę mówiąc, nie dodawano jej nigdy, bo taka jota jest wynalazkiem prasłowiańskim.) Poza tym – błędny zapis. Czytając tak, jak ty podajesz, imię i nazwisko autora zdaje się również być w tytule. Poprawnie byłoby: „Magia w teorii i praktyce”, Aleister Crowley lub ewentualnie Magia w teorii i praktyce, Aleister Crowley.
„- Nic, a nic - odpowiedział, - być może to sprawka kogoś, kto zwiał z Munga...” - nic a nic.
rozdział drugi:
„Zastygły w bezruchu Victor przypatrywał jej się bez wyrazu. ” - tutaj mamy dwie niepotrzebne spacje.
„Nie było tak duże, jak być powinno, a bramki były zbyt nisko, ba! Jedna z nich wyglądała nawet na pękniętą.” - lepiej by to wyglądało w ten sposób: „(...) zbyt nisko, ba, jedna z nich wyglądała nawet na pękniętą!” lub „(...) zbyt nisko, ba!, jedna z nich wyglądała nawet na pękniętą.”
„Szepty rozgorączkowanych dało się słyszeć już z daleka - Prawda! Sukinsyn uciekł ze swego więzienia! Jak dobrze, że to tak daleko! ... , ... , Mugole, mugole... Co oni mu zrobili? ... , Wojna, kolejna krwawa wojna. Tym razem nie będzie ratunku!” - nie stawiamy spacji przed znakami interpunkcyjnymi. Poza tym, co to za brzydki zwyczaj, dwa wielokropki oddzielone przecinkami? Wstyd! Nic takiego nie istnieje i istnieć nie może!
Kolejne ofiary bezwzględnego mordercy ! - obwieszczały wielkie, pięknie zdobione litery.” - znów spacja!
„- Czy następca Grindelwalda dokończy jego wielkie dzieło? - pytał mniejszy, dopisany kursywą dopisek.” - jedna część w stylu, druga – patrz wyżej. Tym razem po znaku zapytania.
„Ale przecież poprzednia dopiero co się zakończyła, dopiero, co niebezpieczeństwo zostało zażegnane... !” - kolejny raz spacja (przed wykrzyknikiem), poza tym „dopiero co”.
„Jeśli... , nie, nie, to obłędne.” - i ponownie.
rozdział trzeci:
„Skutki mogły by być tragiczne.” - mogłyby.
„- Ja -
- Chodzi o to, że -
Zaczęli mówić równocześnie.” - takiemu zapisowi mówimy kategorycznie „nie”! Poprawnie wyglądałoby to w ten sposób:
„— Ja...
— Chodzi o to, że...
Zaczęli mówić jednocześnie.”
„Wszystko co chciała to tylko oddać mi ten głupi zielnik.” - przecinek przed „co” i „to”.
„Victor przyglądał się szarym kłębom dymu rozpierzchłym w czystym, zimowym powietrzu, jakim można się rozkoszować jedno wśród górskich szczytów.” - literówka, „jeno”, nie „jedno”. A tak ładniej to „tylko”.
rozdział czwarty:
„Jedną z zasad, której sensu za nic pojąć nie mogli, i która co rok sprawiała im niemało kłopotów (...)” - bez przecinka przed „i”.
„Architektura tego miejsca miała nader osobliwy charakter; strzeliste dachy pięły się wysoko w górę, a mury płonęły dziką czerwienią nagich cegieł.” - ponownie spacja, tym razem po „a”.
„Starsi przed domami, na ganeczkach, młodsi w ogrodach, lepiąc bałwany, czy zabawiając się na inne sposoby. ” - jak wyżej, tu na końcu zdania.
„Wiedział doskonale, że Dolohov garnął się do książek jak... ” - ponownie.
„- Gdybym cię tu nie wyciągnął, pewnie byś się teraz uczył, co? - zironizował, zerkając kątem oka na Antonina. Wiedział doskonale, że Dolohov garnął się do książek jak... Jak przysłowiowa czarownica do wody, prawdopodobnie.
- W lewo? - zawahał się Victor, w niepewności przystając na rozwidleniu.” - ponieważ ciągle jest to wypowiedź Victora, nowy akapit jest tutaj zbędny. Poza tym, ponownie podwójna spacja.
„Na prawo od nich stał wiekowy dąb o krętym, olbrzymim konarze i nienaturalnie powyginanych, złowrogich gałęziach.” - spacja po „konarze” naturalnie zbędna.
„Solidne wrota Halabardy opatrzono znakiem kameleona (...)” - tutaj aż dwie zbędne spacje. Raz, dwa, trzy, szukasz ty?
„- Wygląda na to, że jeszcze go nie ma... - zawahał się. - Misha nie podał ci dokładnej godziny? ” - spacja, na końcu wypowiedzi Antonina.
„Zaczynała chodzić do Durmstrangu w tym samym czasie, co i oni. ” - spacja.
„Prócz jednego nazwiska... - wzdrygnęła się.” - kolejny raz.
„Objęła się wątłymi ramionami, krzywiąc usta w grymasie żalu i smutku. ” - jak wyżej.
„Grindelwald jest więc przeszłością, to nie on... ” - i znów.
„- Jak myślisz, kim on jest? - zapytał Antonin, spoglądając na przyjaciela. - Ten facet, który jest za to wszystko odpowiedzialny?
- Ujawnił się - dodał, nim Victor otworzył usta.” - znów niepotrzebnie od nowej linijki.
„Myślisz, że to prawda, co mówią, co piszą? ” - kolejna spacja.
„(...) do Halabardy w asyście chłodnego powietrza z zewnątrz wkroczył niski, nieco krępy mężczyzna okryty szmaragdowym płaszczem z małym, czarnym melonikiem na głowie.” - khm. Po „powietrza”.
„- Herbaty! - ryknął za krzątającą się za barem Sashą. - Byle ciepłej! ” - powinnam cię udusić za te spacje...
„Dla niejednego niemała fortuna. ” - zbędna spacja, ma się rozumieć.
„Niosła na rękach srebrzystą tacę z ułożoną nań porcelanową filiżaneczką; wraz z nią przybył gorzki zapach parzonej herbaty.” - patrz wyżej.
„Tymczasem chłopcy juz dopadli drzwi, już pchnęli klamkę, kiedy niefortunnym zbiegiem okoliczności wpadli prosto na profesora Federova.” - spacja, poza tym literówka, „już”, nie „juz”.
„Bezwarunkowo nakazywano zachowywać idealną ciszę i wszelakie rozmowy podczas posiłków karano nadzwyczaj ostro - przynajmniej do czasu , aż z sali nie wyszedł dyrektor Kararovich.” - kolejna spacja.
„Podczas śniadania chłopcy zauważyli, że przy stole nauczycielskim zabrakło profesora Federova - podobnie jak wielu innych, jego również dopadło przeziębienie.” - jak wyżej.
„Odetchnął, odrzucając z czoła przydługą grzywę i oparłszy się o krzesło, zanurzył pawie pióro w ciemnym atramencie. ” - spacja.
„Kto, jak kto, ale Elizaveta Nerateva nie była kobietą pozbawioną gustu.” - pierwszy przecinek zbędny.
„Piękna jak zwykle - ubrana w jedwabną suknię barwy gorzkiej czekolady , z przepiękną gawroszką zawiązaną na smukłej szyi.” - spacja.
rozdział piąty:
„Młody rododendron uginał się pod ciężarem olbrzymich pęków bladoróżowych kwiatów, czarne owoce pękatej morwy kołysały się na wiotkich gałązkach, a wijące się w niemal agonicznym cierpieniu liście starej paproci mieniły się magicznym, zielonkawym blaskiem.” - znów podwójny odstęp, tym razem po „mieniły się”.
„Victor ze wzrokiem skierowanym gdzieś ku górze opierał się plecami o pobliską ścianę komnaty, modląc się w duchu o rychłe nadejście końca całej tej farsy.” - przecinek po „Victor” i „górze”.
„Drgnął zdziwiony, kiedy usłyszał głos nauczyciela. ” - ponownie spacja.
„Cóż, przynajmniej opracowywany materiał był w miarę prosty. ” - jak wyżej.
„Topazowe oczy, ledwie widoczne spod gęstej grzywy włosów Tyriusa, błyszczały niepokojąco w mrokach, a wąskie, spiżowe usta krzywiły się w wyraźnym niesmaku.” - tu również, po „usta”.
„- Daj indeks, Chikachev - polecił, chwytając za malutki pędzelek, wciśnięty do jednego spośród wielu flakoników poustawianych na pobliskim biurku.
- Wiedz, że daję ci ostatnią szansę.” - nowy akapit zbędny.
„Zarzuciwszy płaszcz na ramiona, minąwszy olbrzymie wrota, prowadzące na zewnątrz, Victor wyszedł na kamienny dziedziniec.” - przecinek po „wrota” zbędny.
„Szorstki bat woźnicy świsnął, przecinając powietrze, a konie ruszyły , rozbryzgując kopytami rozmokły śnieg.” - kolejna spacja.
„- Victor? ” - jak wyżej.
„Kiedy Nadia była bezimiennym rudzielcem z sądziedztwa (...)” - literówka, „sąsiedztwa”.
rozdział szósty:
„ Pokój Michaiła był jednym z najjaśniejszych pomieszczeń w mieszkaniu, a to przez dwa ogromne okna oraz szerokie drzwi balkonowe (...)” - podwójna spacja po „oraz”.
„Co więcej, kiedy znika się na tyle czasu, zwykle ma się ku temu sensowny powód. Victor poprzysiągł sobie, że go pozna.” - jak wyżej, tutaj po pierwszym zdaniu.
„Z niewielkiego radyjka stojącego na komódce przy łóżku lecieli zabronieni przez socjalistyczną cenzurę Doorsi. ” - ponownie.
„Wkrótce się dowiesz, na pewno się wszystkiego dowiesz. A wtedy będziesz musiał podjąć decyzję, bo nie będziesz mógł dłużej siedzieć okrakiem na płocie.” - znów spacja, po pierwszym zdaniu.
„Victor wytężał swoją pamięć, jak tylko potrafił, lecz nie był w stanie przypomnieć sobie nikogo, prócz dwóch mugoli, którzy tego dnia siedzieli w pubie.” - i jeszcze raz, po „stanie”.
„- Przezroczysty, różowy odcień nieba jest tak jasny, że błękitna akwarela rzeki niemal nie potrafi go odbić [1] (...)” - literówka, w odnośniku powinna być dwójka.
rozdział siódmy:
„Victor łypnął okiem na książki porozrzucane na biurku - na podręczniki, zielniki, na stare słowniki i atlasy.” - spacja po „zielniki”.
Magia nie powinna być dostępna dla mugoli ani dla ich dzieci; wszak do władania nią potrzebne są odpowiednie predyspozycje, przygotowanie, uświadomienie.” - ponownie, tutaj po „władania”.
„(...) do wypoczęcia, rozgrzania się, do zaspokojenia pierwszego głodu.” - spacja.
„Ci, dla których nie starczyło stołów ani krzeseł, siedzieli na miękkim brudnym dywanie przed rozpalonym kominkiem.” - przecinek po „miękkim”.
„Victor uniósł wzrok, spoglądając na blondyna, zza którego pleców uśmiechała się słodko Arina, nawlekając na palec gruby kosmyk czarnych włosów.” - spacja, po „nawlekając”.
rozdział ósmy:
„- Przypomnę ci, że za kilka miesięcy zdajemy końcowe egzaminy - przerwał mu Igor, unosząc głowę znad oprawionego w ciemną skórę podręcznika.” - spacja, po „Igor”.
„W gruncie rzeczy wiedzieli, że Igor miał racje.” - literówka, „rację”.
„- A słyszysz? - zironizował Karkarov.” - podwójna spacja przed wypowiedzią Igora.
„- Nie, Igor - zaprzeczył Antonin, spoglądając na przyjaciela.” - również spacja, teraz przed wypowiedzią Antonina.
„Pomimo że Victor naprawdę się starał, nie potrafił zrozumieć Nadii.” - spacja.
„Nie potrafił zrozumieć jej sposobu bycia, jej wiecznego uśmiechu, ani tego, że potrafiła się cieszyć z każdej drobnostki, ze wszystkiego.” - spacja.
rozdział dziewiąty:
„Szybko! Mówię!” - „Szybko, mówię!”
rozdział dziesiąty:
„Nie patrzyli na nic innego, nie słyszeli wrzasków ani ostrzeżeń, wykrzykiwanych przez mieszkańców Talavatu, straszliwych pisków dochądzących z wnętrza Halabardy.” - literówka, „dochodzących”.
„Przecież ją kochał, był nią tak mocno zauroczony, a jednak potafił tak podle ją upokorzyć.” - „potrafił”.


Wynik końcowy: 80pkt/100pkt – Jest! Jest czarodziej!
Hah, nawet i czarodziejka! Jest to zdecydowanie jedno z lepszych opowiadań, jakie czytałam. Na początku myślałam sobie „będzie Furor”, jednak kiedy przeglądałam każdą kolejną część, przekonywałam się o tym, że jest coraz lepiej. Co mogę poradzić? Tak naprawdę jest świetnie, a braki punktowe wynikają w większości albo z niedopatrzenia bądź zbyt małej ilości tekstu zgłoszonej do oceny. Ja dodaję Twój fick do zakładek i na pewno będę czekała na kolejną część.

Oceniała .


"To, że każdemu wolno posiąść umiejętność czytania, szkodzi z czasem nie tylko pisaniu, ale i myśleniu" - Fryderyk Nietzsche
Dodaj komentarz




156 komentarzy || 1234567891011

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:16:39
119.115.136.226
 

I find myself coming to your blog more and more often to the point where my visits are almost daily now!

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:16:40
119.115.136.226
 

Thank You For This Blog, was added to my bookmarks.

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:16:45
119.115.136.226
 

Awesome Post. I add this Blog to my bookmarks.

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:16:47
123.125.156.92
 

Thank You For This Blog, was added to my bookmarks.

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:17:27
120.203.1.202
 

I just book marked your blog on Digg and StumbleUpon.I enjoy reading your commentaries.

Gypeupsecaura Gypeupsecaura
Data: poniedziałek, 27 czerwca 2011   Godzina: 05:17:31
60.28.179.32
 

Awesome Post. I add this Post to my bookmarks.


Szablon został wykonany przez nas, tylko dla Ocen Fanfiction. Wszelkie prawa zastrzeżone, łapy precz!



O nas

Księga gości.

156 komentarzy.

Powrót